Ona ma jego oczy - Fundacja Otwórz Oczy

Ona ma jego oczy

tekst Jolanta Grabowska

Dziewczyny nie trzeba pilnować. Trzeba tak zrobić, żeby nie chciała odejść. Poznajcie historię związków prawie niemożliwych.

 

Grzesiek i Kamila

Gdyby nie ona, byłbym sam. Wyszedłem z założenia, że to będzie ta jedna jedyna i super pod każdym względem albo żadna. Bo kobieta to nie jest samochód - nie pasuje mi, to sprzedaje go i luz. Chciałem, żeby dziewczyna była chociaż średniej figury i urody - bo cokolwiek by było, w środku mogłoby się w końcu znudzić i rozglądałbym się za innymi - i pasowała mi charakterem.

Żebym mógł pójść z nią na piwo, do teatru, wykąpać się w jeziorze - wszechstronnej. A mało jest takich kobiet. Takiej, co jak za dużo wypiję, to nie będzie mi rano jeszcze dodatkowo głowy suszyła.

Już przed wypadkiem szukałem takiej dziewczyny i nie znalazłem. Po wypadku myślałem: no to na bank będę sam. Siedem lat jesteśmy parą, a znamy się może trzy miesiące dłużej. Kamila ma 27 lat, ja 32.Kiedyś matka spotkała mojego kolegę i podgadywała: "A co to za Kamila do Grześka przychodzi?". Bali się, że pospotyka się ze mną dla kaprysu, a później zostawi. Jak Kamila dzwoniła, że przyjdzie, delikatnie perfumowałem pokój. Na pół godziny przed, żeby nie przedobrzyć. Trochę na firaneczkę, na dywan, na łóżko. Wiedziałem, że te perfumy jej się podobają. Stosowałem specjalną taktykę: mówiłem, że mam fajną płytę, i wyłączałem radio. Żeby nie wiedziała, która jest godzina, i dłużej została. Słuchałem wtedy Radia WAWA, a tam co 15 minut podawali czas, to po co ma się stresować? Zawsze w szafce a to jakieś ciastka stały, a to jakieś winko. Pytałem, kiedy znowu przyjdzie, bo chciałem, żeby przychodziła częściej. Po cichu o niej marzyłem, ale myślałem: lata za nią tylu facetów, to co ty sobie człowieku wyobrażasz?

Wszystko odmieniło się jednego wieczoru. Zadzwoniła i zapytała, czy poszedłbym z nią do babci na grób. Zmieniała kwiaty, a ja stałem na środku alejki. Powiedziała, żebym uważał, bo jedzie samochód, wzięła mnie za rękę i przestawiła na bok. I w tym momencie coś takiego się stało... (- Moja babcia zadziałała, bo już nie mogła dłużej patrzeć, jak się męczymy). Wychodziliśmy z cmentarza, to jeszcze za łokieć, ale już szukaliśmy się rękami. Poszliśmy do kawiarni na piwko, pełny flirt, strzelanie oczami. A do domu wróciliśmy to już w ogóóóóóle para! Nad ranem, jak się wymykała, wpadła na moją matkę. Zazwyczaj to chłopak wymyka się po cichu od dziewczyny. (śmiech)
Zamieszkaliśmy ze sobą. Na mieście dziwnie reagowali na niewidomego. Gapili się. Przeważnie starsi ludzie. W kole PZN-u jest sporo osób, ale nikt nie wychodzi na miasto, a już tym bardziej z białą laską. Wstydzą się. Kiedy z Kamilą chodziliśmy, nie jak niewidomy z przewodnikiem za łokieć, tylko za rękę i do tego jeszcze czule się odzywaliśmy, to dopiero było dziwo! W ogóle czasem zdarzają się zabawne sytuacje. Kiedyś siedzimy, pijemy piwo, wiadomo, po piwie chce się siusiu, no to ona mnie za rękę i idziemy do łazienki. Uśmieszki: figielek, figielek. Wychodzimy, rozkładam białą laskę... Ale!

Jak miałem 23 lata, facet rozjechał mnie ciężarówką. Skończyłem zawodówkę, pracowałem w przetwórni spożywczej i już dorosłem do tego, żeby iść do szkoły, na technologię żywienia, byłem już nawet na dwóch wykładach. Wybita szczęka, złamane biodro, osiem pęknięć czaszki. Zamiast cieszyć się, że człowiek żyje, nie jeździ na wózku, nie jest jak roślina, wszyscy chodzili zapłakani: nie widzi, czyli koniec świata. Zawsze byłem uparty i ten mój upór mi pomógł - nie załamałam się. Jeszcze rodzinę pozbierałem do kupy. Odczekałem kilka miesięcy, kiedy nie wolno mi było dźwigać, i zacząłem trenować. Przecież ja nigdy taki duży nie byłem! Jak szedłem do wojska, ważyłem 55 kilo. W Kamili spodobało mi się to, że jest taka niezależna, wygadana. Byłem z jedną taką dziewczyną. Czy się spóźniłem, czy przyszedłem na czas, zawsze mówiła: "OK, kochanie". Mdłe to było, szybko się znudziłem. Co to za kobieta, która nie ma własnego zdania? Nasze twarde charaktery nadają związkowi smaczku. Nie kłócimy się, ale czasem dyskusje są takie! Przy niej nauczyłem się rozmawiać o uczuciach. Okazywać je. Przedtem nie umiałem. Tak byłem wychowany. U kobiety szukałem ciepła i partnerstwa. Żebym mógł bez skrępowania porozmawiać na każdy temat. Czy o seksie, czy o Bogu, czy o byłych związkach. Kamila jest superpartnerem. No która dziewczyna chciałaby słuchać o kulturystyce: o, tu chyba coś źle robię, nie przypilnowałem diety, stosunek węglowodanów do tłuszczów jest za niski? I ściągała dla mnie wiadomości z internetu?

Kiedyś pakowaliśmy plecaki i jechaliśmy na całą noc na ryby. Wędkarze byli zszokowani, że niewidomy łowi ryby, a jego dziewczyna też. Nauczyłem ją, jak się zarzuca wędkę, zakłada robaka na haczyk. Nie mówiła: 'No, skarbie, zrób miiiii'. Możemy pójść osobno. Ona idzie z koleżankami na ploty, a ja umawiam się z kumplami na męską bibkę. Z reguły jest tak, że dziewczyna należy do chłopaka i na odwrót. Nie wyjdzie sama, w bluzce z dekoltem i mini w miasto, bo zaraz draka. Dziewczyny nie trzeba pilnować. Trzeba tak zrobić, żeby nie chciała odejść. Jestem kurem domowym. (- To jest kopciuszek domowy). Wystarczy spojrzeć na moje paznokcie i na jej. Widać, kto przy zlewie stoi. Lubię usiąść z nią przy stole i nie spiesząc się, zjeść śniadanie. Trwa to wtedy z półtorej godzinki. Ale tak jest tylko w niedzielę. Czasem na nią nakrzyczę: 'Dzidzia, jadłaś coś? A rękawiczki wzięłaś?'.

 

Kamila i Grzesiek

Gdyby nie on, byłoby źle. Byłam strasznie zakochana w pewnym chłopaku. Nie mogłam go zapomnieć. Spotykałam się z różnymi chłopakami. I albo był za bardzo podobny, albo nie był. Grześka poznałam przez jego kumpla. Już nie myślałam o tamtym. Innych porównywałam do niego, Grześka nie. Tak dobrze mi się z Grześkiem gadało! Nagle orientowałam się, że siedzę u niego cztery godziny. Jak wychodziłam, pytał, kiedy znów przyjdę. Odpowiadałam: no, może za tydzień. Miałam wyrzuty, że mu się narzucam. Kiedy poznałam Grześka, mówiłam, że on ma tylko jedną wadę: nie widzi. No, może jeszcze kiepsko tańczy. Ale to pewnie dlatego, że oboje chcemy prowadzić i wychodzi takie szarpanie się. (śmiech) Całościowo mnie urzekł. Takich mężczyzn już nie ma. Podejście do kobiet, do związku. Może nie taki zupełnie dżentelmen, ale... Uczynny jest, potrafi zrezygnować z czegoś. 'Masz, te pieniądze są dla ciebie, bo musisz się ubrać. Pracujesz z ludźmi, powinnaś ładnie wyglądać'.

Na początku mieszkaliśmy z jego rodzicami, u Grześka w małym pokoju. Potem moi przeprowadzili się do babci i teraz mieszkamy sami. Gdyby Grzesiek widział, wszyscy machnęliby ręką. A tak to: 'Ty, dziewczyno, zastanowiłaś się? Będziesz musiała mu pomagać'. Długo myślałam, czy w ogóle wchodzić w ten związek. Wiem, że to będzie inaczej. Że to ja głównie powinnam zarabiać, że to ja będę robić zakupy. Grzesiek dobrze sobie radzi, ale jakieś ograniczenia są. W Grójcu wszyscy nas znają. Dzieci zaczepiają: "Dzień dobry! A gdzie ma pani pieska? Dzień dobry! A gdzie ma pani pana?". Czasem ktoś powie: 'Pani to jest święta!'. Dla mnie to nie jest żadne poświęcenie. Choćby ze względu na to, ile Grzesiek w domu robi - gotuje, sprząta. Nie ma szans, żebym była z innym chłopakiem. Umówiłam się z kolegą. Dostało mi się bardzo nieładnie: że zdradzam Grześka itd. 'Ja wiem, że pani jest dziewczyną tego ślepego'. Jakby mnie pilnowali... (śmiech)

Planujemy małżeństwo. Sprawa się o finanse rozbija - my nie mamy, moi rodzice nie mają. Chociaż jak w zeszłym roku młodsza siostra mnie uprzedziła, to się znalazły. Teraz muszą odkuć się po Pauli. I chciałabym już dzidziusia...U Grześka znalazłam ciepło. 'Skarbie, przytul mnie' - prosiłam. 'No dobra, chodź'. Chciałam, żeby ktoś się mną trochę poopiekował. Od małego byłam samodzielna, takim osobom nie okazuje się za dużo czułości. Czasem brakuje mi randkowania, że ładnie się ubieram i wychodzę. Już zapowiedziałam Grześkowi, że do ślubu szykujemy się osobno.

 

Tomek i Monika

Gdyby nie ona, może znów wszedłbym w pogoń za pieniędzmi. Za zaszczytami. Przed chorobą: praca w agencji reklamowej, status kierownika w wydawnictwie. To dużo dla mnie znaczyło. Nagle - wyjęcie z tego toku życia. Wtedy byłem OK, bo zarabiałem pieniądze, dużo mogłem, a teraz? Traciłem wzrok. Nikt nie wiedział, co mi jest. 17 miesięcy czekałem na diagnozę. Pamiętam rozmowę z psychologiem. Mówiłem mu, że to koniec mojego bycia z kimkolwiek. A on, że osoba, która zdecyduje się ze mną być, już na starcie wie, z czym ma do czynienia. Osoby zdrowe, które się łączą - tu może wydarzyć się wszystko: nowotwór, wypadek samochodowy. 'No tak - odpowiedziałem - w ten sposób to wszystko można wytłumaczyć'.

Z moich rozmów ze znajomymi i różnych lektur wynikało też, że współczesność preferuje ludzi silnych, odważnych. A dla słabych nie ma miejsca - taka dżungla. Przyszła Monika i te lęki zmieniła. Trzy lata temu, między świętami Bożego Narodzenia a sylwestrem, byłem w Szpitalu Praskim. W Łodzi obracałem się w środowisku artystycznym - pracowałem jako grafik - poznałem koleżankę, która jest też koleżanką żony. Dorota bardzo pochylała się nad moim losem i chciała mnie wtedy odwiedzić, ale nie mogła i poprosiła Monikę, żeby przekazała mi prezent. I tak z kartką w ręku, na której było napisane: "Tomasz Wojakowski, pierwsze piętro, sala numer 12", Monika zjawiała się w szpitalu. Najpierw spodobał mi się jej głos. Poczułem w nim dobroć i to mnie pociągało. Jakiś czas później odkryliśmy, że ta kartka była biletem do męża.

Byłem chłopakiem o dużym stopniu ryzyka. Były konfrontacje. Monika pytała: 'To ja ci będę opiekunką? To ja ci będę przewodnikiem?'. Odpowiedziałem: 'Sądzę, że z tym i z tym sobie poradzę, ale np. w dotarciu do jakiegoś miejsca w Warszawie twoja pomoc będzie mi potrzebna'. Nie wsiądę za kierownicę, chociaż mam prawo jazdy. Nie pojadę po żonę do pracy. Nie odwiozę do szpitala, kiedy będzie rodziła. No to jak to ułożyć? To wezwie się karetkę. Ale nie wszystkie problemy znajdą rozwiązanie. Wracała myśl, że mężczyzna to powinien być taki rycerz, który osiąga wyżyny awansów finansowych. Żonę po salonach prowadza, a ona jest mu ozdobą i żyją sobie długo i szczęśliwie. A nie, że to ja łapię Monikę pod łokieć i ona mnie prowadzi. Po wyjściu z kolejnego szpitala w Katowicach wróciłem do rodzinnego miasta, do Końskich. Diagnozy ciągle nie ma, ale widzę, że nadal żyję. Przypuszczenia lekarzy były straszne: tętniak, stwardnienie rozsiane, zmiany w mózgu.

Doszedłem do wniosku, że coś trzeba robić, bo ileż matka może załamywać ręce, że chłopak taki apatyczny? I tak zacząłem podnosić sprawy niepełnosprawnych w lokalnej gazecie. Wykorzystałem doświadczenie z pracy w agencji. Zamiast myślenia, jak sprzedać produkt, będzie myślenie, jak 'sprzedać' ideę pomagania niewidomym. Uruchomiłem inicjatywę "Otwórz oczy" - bezpłatne badania, spotkania integracyjne, wydawnictwa. Posypały się zaproszenia do rozgłośni radiowych. Już byłem rozpędzony w tym działaniu, już za chwilę może zacząłbym zarabiać. Chęć bycia przy żonie przeważyła. Przyjąłem propozycję pracy z Lasek i przeprowadziłem się do Warszawy.

Gdyby nie Monika, życie nie miałoby kolorów, jakie są teraz. Bardzo cenię sobie rozmowy z nią, bo są ciekawe. Tak jak z przyjacielem, z którym się omawia, przetwarza. Mamy wspólne pasje: śpiewamy, gramy na gitarze, podróżujemy. Pod egidą Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym zorganizowaliśmy koncert jazzowy. Takiego osiągnięcia nie miałem, nawet będąc w pełni sprawnym. Dopiero od niedawna wiadomo, co mi jest. Neuropatia Lebera, bardzo rzadka choroba genetyczna, której przynajmniej dzisiaj leczyć się nie da. Widzę szczątkowo. Lekarze mówią, że na tym etapie powinno zostać już do końca życia.

 

Monika i Tomek

Gdyby nie Tomek, popadłabym w gnuśność. Może nie w depresję, ale byłby pewnie moment załamania się i zamknięcia, a potem ucieczka w pracę. Ja już dorosłam do tego, że w pewnym wieku - 26 lat - warto byłoby już wybrać kogoś i z nim być. Nie tylko tu mieć kolegę, tam mieć kolegę. Tylko gdzie tu kogoś poznać? Jak był dobry czas ku temu - studia - to ja wszystkich trzymałam na dystans. Teraz cała moja paczka była już zaobrączkowana. Mieli dzieci. A ja sama. Łapałam się na myśleniu: "Kurczę, to może coś ze mną jest nie tak? To może ja jestem jakaś niespecjalnie?".

Jak szłam do Szpitala Praskiego, już zrezygnowałam. 'A, co będzie, to będzie' - myślałam. Zawsze chciałam, żeby mój partner był wierzący, był przyjacielem, kochankiem i mężem. I to mam. Wymagań co do mężczyzny nie obniżałam. Nie było mowy, że skoro on ma problemy ze wzrokiem, to będę tolerowała to czy tamto. Partner miał być kulturalny, kreatywny, przedsiębiorczy, przystojny. Dla mnie mój mąż jest bardzo przystojny. Na drugi dzień nie mogłam doczekać się wpół do czwartej, kiedy pojadę do Praskiego i spotkam się z Tomkiem. Poprzedniego dnia wstydziłam się. Co powiem młodemu chłopakowi, który traci wzrok? Wyskoczę jak filip z konopi z tą kartką i marcepanem! A może nic się nie będzie kleiło?

 

Ujął mnie jego optymizm. (- Monika poznała mnie, kiedy już się podnosiłem). To ja, zdrowa, mająca pracę osoba, bardziej pesymistycznie patrzyłam na życie. Gdybym wtedy dostała urlop, nie byłoby mnie w Warszawie. To był jedyny rok, kiedy między świętami nie miałam wolnego. Mimo że od początku czułam, że jest mi z Tomkiem dobrze, nasze wstępne rozmowy bywały bolesne. No, boję się związku, w którym wiele rzeczy będę musiała robić sama. On nie będzie jeździł samochodem, nie odprowadzi dziecka do szkoły. Mówiłam mu, może i egoistycznie, że nie chcę być tylko jego opiekunką, że chcę czuć się przy nim atrakcyjna; chcę być przez niego adorowana. Jak w normalnym związku. Codzienne drobne czynności urastały mi do rangi wielkich problemów. Tak sobie wyprojektowałam, przychodzę i: to robię ja, to robię ja... Dopiero później, kiedy doświadczyłam pysznego obiadu ugotowanego przez Tomka, zobaczyłam, że i posprząta, i kwiatki podleje, zaczęłam być spokojniejsza. Moment wprowadzenia w grono rodziny i znajomych - kiedy miał być partnerem na weselu. Przy okazji testowanie, jak będzie zachowywał się w towarzystwie, przy dzieciach, jak będzie tańczył. Kilka miesięcy potem oświadczyny w Samych Fusach, no i półtora roku temu ślub.

 

Wiedziałam, że rodzice zaakceptują mój wybór, bardziej bałam się znajomych. Tu nawet nie wchodziła kwestia niepełnosprawności. Raczej był to stresik, czy zostanie zaakceptowany przez komisję. (śmiech) To trzy moje przyjaciółki - znamy się od podstawówki. Każda z nas przyprowadzała swojego partnera i było ocenianie. Zazwyczaj te nasze oceny później się sprawdzały. Kiedy jest się zauroczonym, to takie obiektywne światło z zewnątrz jest dobre. Pytały, czy dobrze oszacowałam siły, że biorę na barki taką odpowiedzialność. No bo jakaś odpowiedzialność jest. Na przykład jutro Tomek sam idzie do pracy, bo ja mam studia - robię podyplomówkę z zarządzania kryzysowego (pracuję w Szkole Głównej Służby Pożarniczej). I będę się martwiła, czy wszystko z nim OK. Kiedy nigdzie nie wyjeżdżamy w weekend - celebrowanie posiłków. Wspólne śniadanie, kawka - ja nie przepadam za kawą, ale wtedy to tak mi smakuje!

Jeszcze nie miałam czegoś takiego, żebym była zmęczona tym, że Tomek nie widzi. Być może to się zmieni, kiedy pojawi się dziecko. Zmęczona jestem myśleniem, co tu zmienić, żeby finansowo się polepszyło. Nie stać nas nawet na kawalerkę w Warszawie. Doskwiera mi to, że mieszkamy tak daleko od centrum, w Wesołej. Że tyle czasu tracimy na dojazdy. Raz, po niezdanym egzaminie na prawo jazdy, pomyślałam, że tak normalnie, to bym się tym nie martwiła. Usiadłabym po prawej stronie i kierowca by mnie wiózł.

 

Marian i Monika

Gdyby nie ona, pewnie robiłbym to samo, tylko był z kimś innym. Nie umiem być sam. Zawsze szukałem partnerki widzącej. Życie jest łatwiejsze. Można mieć samochód. Chciałem wyjść poza środowisko niewidomych. Mając żonę z taką samą wadą, znów wszystko robi się takie zamknięte. Z Moniką to zrobiło się tak naturalnie. Coraz więcej czasu spędzaliśmy ze sobą. To nie był jakiś zachwyt czy zauroczenie. Najpierw chodziliśmy na kręgle. Niewidomy musi mieć osobę, która go ustawia. Rzuca się dwoma rękami, z trzech kroków, a nie z biegu. Potem ktoś zadzwonił, że w CROSS-ie (Stowarzyszenie Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących) trenują jakiś taniec. Zaczęło się ćwiczenie techniki, układów. Wyjazdy na turnieje. Człowiek się wciągnął. Taniec wymaga kondycji i dużo cierpliwości. Chodzimy na basen. Biegamy. Monika nie lubi biegać, biega, bo ja biegam. Zboczenie zawodowe, siedzimy, rozmawiamy, a ja słucham, co leci w radiu. Nie, to nie rumba, to fokstrot.

Pięć lat byłem żonaty z widzącą. Ale już bardzo chciałem się rozwieść, bo to było nie do życia. Na początku wydawało się, że będzie w porządku, potem zaczął się alkohol. Ona robiła wszystko, żeby się nie rozwieść. Udowadniała, że to moja wina. Potem byłem z kimś związany, ale krótko. Rozwiodłem się 12 lat temu. Mam 45 lat. Co mi dało to, że jestem z Moniką? Lepiej się ubieram. Przedtem nie chodziłem brudny, ale nie zwracałem uwagi, czy jedno do drugiego pasuje albo do okoliczności. Nauczyłem się zachowywać jak normalny człowiek. Obycia. Ona chodziła z mężem po różnych lepszych bankietach. Co wypada, czego nie wypada powiedzieć, zrobić w towarzystwie. Ja nigdy nie przebywałem w takim świecie. Zainteresowałem się filmami, aktorami - czy dobre te filmy? Zacząłem się w to wciągać. Co bym jeszcze chciał? Jakąś firmę założyć, gabinet masażu albo fryzjerstwo, ale ograniczenie finansowe. Żebym nie musiał sobie odmawiać. Mam rentę, razem z dodatkiem pielęgnacyjnym 750 zł. Dziesięć lat pracowałem w spółdzielni. Tworzyli kiedyś takie getta dla niewidomych, były trzy zawody: szczotkarz, ślusarz i dziewiarz.

Całkowicie niewidomemu trudno znaleźć pracę. Pracodawca woli takiego, który trochę widzi, bo jeszcze i podłogę zamiecie, i samochód rozładuje. A z PFRON dofinansowanie jest takie samo - 1400 zł. Chodzę na szkolenia z Unii. Radzą, jak się ubrać, co mówić na rozmowie kwalifikacyjnej. Kiedy im to mówię, to już nie mają dla mnie recepty. Trochę czego innego chciałem od życia. Jakiś własny domek z ogródkiem, jakieś dzieci, normalna praca. Ale brak wykształcenia, kiedyś nie było takich możliwości - tylko zawodówka w Laskach.

Monika i Marian

Gdyby nie on, dużo ciężej przeżyłabym rozwód. Rozwiodłam się po 25 latach małżeństwa. Dzięki Marianowi tak bardzo się nie załamałam. Był obok. Mogłam z nim porozmawiać. Pójść gdzieś. Czymś się zająć. Uważałam wtedy, że sama sobie nie poradzę - wszystko się zawaliło - psychicznie, finansowo. On już to przeszedł. Patrzył normalnie na pewne sprawy. Poznaliśmy się u mojej koleżanki, która miała gabinet rehabilitacyjny, był tam masażystą. I tak przez lata po prostu znaliśmy się. Gdybym nie poznała Mariana, to pewnie byłby ktoś inny. Facet mnie czymś zainteresował. Nie widział, a zachowywał się jak widząca osoba. Pójdzie, załatwi, pojedzie do innego miasta. Nie wyobrażam sobie, że miałabym go wszędzie doprowadzać. Myślę, że na pewno bym z nim wtedy nie była.

To była odmienność, mój mąż a ten pan. Mąż był apodyktyczny, tutaj partnerstwo. Mąż jest efekciarzem. Marian ma szerokie zainteresowania: polityka, samochody, boks, piłka i dużo o tym wie. Mąż nie bardzo chciał ze mną rozmawiać. Dlaczego nie chciał? Nie wiem. Ustaliliśmy, że to ja wychowuję dzieci. On tego nie umiał: nakazy, zakazy, bicie - ja tego nie toleruję. Uważał, że skoro jestem w domu, to nic nie robię. Nic nie umiem, nic nie wiem. A on w pracy awansował, coraz więcej zarabiał, był szanowany. W domu zrobiła się dyktatura - kto ma kasę, ten rządzi. Znajomi dziwią się, że jestem z Marianem. Uważają, że z niewidomym nie można być, bo taka osoba jest nie do życia: nic nie potrafi, nic nie wie. Dopiero jak go poznają, zmieniają zdanie. Pytają: "On naprawdę nic nie widzi?". Marian nieraz jedzie z kimś samochodem i mówi: 'Teraz trzeba skręcić w prawo, potem prosto i na skrzyżowaniu w lewo'. Ma świetną pamięć słuchową i orientację w przestrzeni.

Nie zamierzamy legalizować związku. Wystarczy mi jednego małżeństwa. Mieszkamy razem dwa lata - odkąd Justyna wyprowadziła się do swojego chłopaka. Nie mam już stałego dochodu. Miałam alimenty. Teraz wynajmuję pokój, bo mam tu trzy. Przed urodzeniem Justyny pracowałam, a potem ona była chora, nie za bardzo nadawała się do żłobka. Później zaczęło się nam z mężem dobrze powodzić i nie musiałam. A potem, jak ja chciałam, to mnie już nie chcieli. Ze względu na wiek. Mam 55 lat. Syn zaczął mi pomagać, kupując do domu rożne rzeczy, niedawno wycieczkę mi zafundował. Ale jego zdanie jest takie, że mogłam się nie rozwodzić, to miałabym wszystko. Dobrze, że klub sponsoruje nam różne rzeczy: buty, turnieje, basen.

Czy jestem zadowolona ze swojego życia? Mam dwa spełnienia. Pierwsze: jak byłam mała, marzyłam o tym, żeby tańczyć. No i teraz tańczę. Choć taniec z Marianem czasem mnie denerwuje. To ja muszę prowadzić. On może trzymać rytm, ale obroty czy cokolwiek, on tego nie robi. Ale w sumie to go podziwiam. Trener pokazuje kroki - i ja je widzę. A gdybym miała zamknąć oczy i trener mówi: lewa noga do tyłu, prawą nogę w bok - nie wyobrażam sobie tego. Drugie: jestem wolna. Przy mężu byłam stłumiona, przygaszona. Lubię mieć wybór, zrobić, jak ja chcę, mieć swoje zdanie. To już jest dla mnie bardzo dużo.

 

Ursula i Piotr

U.: Największa radość życia?

To, że jesteśmy razem. Zwłaszcza cieszymy się z tej naszej córki, która jest żywiołem. Daje nam popalić, ale dobrze, że w domu wypuszcza dym, a nie w szkole. Tam jest lubiana. Z Piotrem najbardziej zawzięcie się kłócą, a potem wygłupiają się.

P.: Żeby jej coś wytłumaczyć, to trzeba bajkę ułożyć.

U.: Wyjedzie na obóz, to nie wiemy, co ze sobą zrobić, taka cisza.

Gdyby nie on? Nie wiem. Nie zastanawiam się nad tym.

Ja w ogóle nie miałam potrzeby poznawania kogokolwiek.

P.: Ja też nikogo nie szukałem.


U.: Byłam całkiem zadowolona ze swojego życia. Miałam dużo roboty w szpitalu. Myśmy służbowo się poznali. Piotr był jeszcze wtedy uczniem. Bałam się chodzić do tych sal, gdzie leżeli chłopcy. Coś mi powiedzą, ja nie zrozumiem. Jestem Niemką, słabo znałam polski. Podawałam termometry i uciekałam.

P.: Straciłem wzrok, jak miałem 15 lat, wypadek, i trafiłem do Lasek.

U.: Potem on poszedł sobie. Swoje życie prywatne i zawodowe prowadził w Warszawie. W ogóle nie wiedziałam, że jest taki Piotr.

P.: Takich Piotrów to tam było od groma!

U.: Aż kiedyś zjawił się w Laskach, już jako pracownik centrali telefonicznej. Znów służbowo się poznaliśmy. Z okazji wyjazdu do Szwajcarii na zaproszenie katolickiego związku niewidomych, żeby zobaczyć, jak tam to funkcjonuje. Ja byłam tłumaczką.

W pewnym momencie zaczęliśmy się zaciekawiać - co to za osoba? Już chyba po pierwszej Piotra wystawie. Długo zastanawialiśmy się, co z tym fantem zrobić. Chyba ze trzy lata?

P.: Nie wiem, nie wiem, opowiadaj.

U.: Piotr ciągle się śmiał. Ciągle opowiadał różne historyjki - o zwykłym życiu, ludziach. Uważałam, że bardzo dużo mi to daje. To była odskocznia od tego poważnego świata, w który wsiąkłam.

Koniec lat 70. Żeby się uczyć, jak rzemieślnik wędrowałam po różnych szpitalach w Niemczech. Pracowałam na dermatologii, onkologii.

Poczułam, że coś muszę zmienić, poszukać sensu życia. Napisałam nieśmiały list do Lasek z pytaniem, czy mogłabym odbyć tu wolontariat.

Pierwszy pobyt bardzo krótki - dwa tygodnie. Później 13 grudnia, stan wojenny. Już wydawało się, że koniec z moimi planami - odmowa wizy.Miesiąc po papieżu spróbowałam jeszcze raz i dostałam.

Odkryliśmy z Piotrem, że mamy dużo ze sobą wspólnego. Że ciągle mamy o czym gadać. Miał już wtedy zaprzyjaźniony krąg artystów. Chodził na Żoliborz na warsztaty rzeźbiarskie do pani Barbary Zbrożyny i spędzał tam cały swój wolny czas. A później ja tam telefonowałam i trochę mu przeszkadzałam.

P.: Miałem zamiar studiować na UW, jednak warsztaty mnie bardziej ciągnęły.

U.: A jeszcze później zrobiło się strasznie. Długie telefony i zablokowane linie. Prostszym rozwiązaniem było zamieszkać razem i nie blokować laskowskich linii. (śmiech) Trzeba było się decydować, tak czy siak. Oboje byliśmy już nie najmłodsi. W 1992 r. się pobraliśmy.

P.: W '93...

U.: No i znów się będzie ze mną kłócił...A potem było pięknie, dostaliśmy w prezencie miodowy rok. Piotr dostał stypendium UNESCO dla młodych artystów: pewną sumę pieniędzy i wolną rękę w wyborze miejsca. Wzięłam tu całe jego biuro public relations. To są zdjęcia z...

P.: I ona mówi, że nie jest moim menedżerem? (śmiech)

U.: Na stypendium toczyło się to wszystko od ręki do ręki - od rzeźbiarza do rzeźbiarza. Walia, Szkocja, Londyn. W Szkocji Piotr dostał jeszcze trzymiesięczne stypendium z ośrodka rzeźby w granicie. Żyliśmy oszczędnie: marchewka, tosty. Ale za to przez tydzień zwiedzaliśmy londyńskie muzea.

Fajna przygoda.

P.: Cały czas jest przygoda. Z rzeźbą i z nami.

U.: Wróciliśmy, każde do swojego. Tyle że dziewięć miesięcy później urodziła się nasza córka. Ma dziesięć lat. Jest dumna z taty. Jak była ostatnia wystawa, ubrała się pięknie i pomagała: kawka, herbatka.

Chciałam się przekwalifikować, żeby mieć jak najwięcej czasu dla Zosi.

Piotr zrezygnował z centrali. Dostał stypendium Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi (właściciela ośrodka w Laskach) i zaczął pracować w warsztacie ceramicznym. Okazało się, że wybrałam coś, że mam jeszcze mniej czasu niż przedtem. Uczę niemieckiego. W międzyczasie pojawiła się możliwość zrobienia studiów wieczorowych. Z trzech lat codziennych dojazdów zrobiło się siedem. Bo potem dwa lata studia magisterskie, a potem jeszcze dwa lata pedagogika.

To dzięki Piotrowi, bo wziął na siebie wychowanie Zosi.

P.: No ja nie wiem, kto kogo wychowuje... (śmiech)

Źródło: Wysokie Obcasy

Wróć